Wędkarstwo morskie - dorsze i moje chyba pożegnanie z tego typu imprezami…Napisane przez szwagier68![]() Ok., wypływamy. Tego mi było trzeba, bo końcówkę roku 2011 miałem strasznie nerwową i potrzebowałem jak wody jakiegoś odbicia od codziennych problemów. W czasie odbijania dowiaduję się, że człowiek, który jest mistrzem Polski w wędkarstwie morskim ma tego dnia 53e urodziny. Troszkę się wystraszyłem, jak zobaczyłem, ile butelek zaczęło krążyć po kutrze, ale pomyślałem sobie – mistrzowie Polski – to pewnie wiedzą, co robią: wypija po kielonie i będzie ok. Ekipa mistrzów Polski liczy około 10ciu, może 15stu osób, ale dostaje kolejną super wiadomość, że dwa stanowiska obok mnie stoi właśnie ten człowiek, który zdobył to mistrzostwo. Myślę sobie: jest super. Schodzę do tylnej mesy, patrzę, a tam nawet wyspać się można: siedziało parę osób i piło piwo. Na pytanie, czy mogę się położyć bardzo chętnie podali mi koce. Było super: podczas zasypiania słuchałem, że to poważni ludzie, mają firmy itd. Jak już drzemałem w drodze na łowisko chodził szyper i zbierał pieniądze za rejs. Coś mi przemknęło, że to widzę, ale powiedziałem sobie, że później zapłacę. Szyper był tak grzeczny, że nawet nie zbudził mnie , zapłaciłem dopiero przy wysiadaniu chyba jako jedyny. Dziękuje za nieobudzenie, bo mało spałem tej nocy i sen dobrze mi zrobił. Dopływamy na łowisko. Jak to ja - zamiast szykować się do wędkowania, biorę się za obserwację tego, co mistrzowie mają powiązane i o czym rozmawiają. Tu przeżywam pierwsze poważne rozczarowanie - rozmowy są o tym, ile kto ma zamówień na ryby- ja typowy mięsiarz -ale to przecież mistrzowie Polski – SPORTOWCY! To, co mieli powiązane, bardzo mnie zaniepokoiło, bo mieli przynajmniej po trzy przywieszki, a na pikerach po trzy kotwice. Pierwszy raz w życiu takiego coś widziałem – kotwica na górze pikera, kotwica na dole i jeszcze jedna na dole na 5cio- czy 10ciocentymetrowym przyponie. Zostaje przy swoim - leciutka wódeczka, 100g wyrzutu, cieniutka lineczka 0.14mm, jeden malutki twisterek jako przywieszka i pikerek 140 gram mimo, że mnie straszą 200gramowymi i grubiej. W odsieczy mam solidniejsza wędkę, ale zostaje przy tym zestawie, mimo ze mam słabe doświadczenie z wodami we Władku, tzn. z głębokościami. Łapię przeważnie w Łebie, czasami w Darłowie, a tam wody o połowę mniej. Zaczynamy łapać. Ładnie mi biorą na ten mój delikatny sprzęt z opadu, więc zostaję przy tym. Gdy mam 6 sztuk zerkam do skrzynki mistrza Polski. Ma 7 – myślę dobrze jest , całkiem nieźle mi idzie. Ja na jedną kotwicę i jeden haczyk i mam tylko o jednego mniej od mistrza, który ma wszystkiego po 3 (kotwice i haczyki). Łapię dalej, a mistrzowie piją coraz więcej. Jestem przerażony, bo zaczynają plątać linki swoje i innych w takich ilościach, że tylu splątań nie widziałem na innych kutrach przez całe rejsy, co tu po jednym zarzuceniu. Bluzgają przy tym tyle, że ja – człowiek, który bluzga jak szewc - nie daję z tym rady. Zaczynają włazić w nie swoje stanowiska pod hasłem, że oni potrafią, że oni są mistrzami. Rozpoczyna się mój dramat, ale dobrze, że mam koło siebie dwóch fajnych ludków. Po rozmowie okazuje się, że to policjanci. Nie bardzo lubię policję , ale tych ludzi polubiłem od razu, zwłaszcza starszego z nich o imieniu Fabian. Pomaga mi przetrwać ten rejs, bo potrafi wszystko obrócić w żart. Ja jestem trochę inny od niego i generalnie wolę rękoczyny, jak słowo nie pomaga, ale on hamował mnie przez całe 9 godzin rejsu – wielkie dzięki. Łapię cały czas, daleko od łódki, no i mam miejsce – środek rufy - prawie mnie nie zaczepiają swoimi pikerami - ryb mi przybywa – mistrzowie tylko wiążą i bluzgają, efektów nie mają, mało tego - zaczynają się plątać z moimi sąsiadami, pouczać ich i mnie i włazić nam w stanowiska z wędkami. Co najgorsze, zaczynają się mocno kiwać, mimo, że fali prawie nie było, stan morza - około dwójeczki. Przy siadaniu na ławki zwalają sobie z nich sami torby i próbują to przybijać naszej trójce, ale Fabian się nie daje i obraca wszystko w żart. Odporny naprawdę gość, bo nalali mu wody do torby, nawrzucali śmieci i kilka razy wybierali swoje pikery z jego torby, a on z uśmiechem tylko pytał, czy mają pozwolenie na przeszukanie jego torby wędkarskiej. Ja cierpliwie wyplątuje się z zaczepów mistrzów Polski, nawet dwa razy wyciąłem swój przypon z ich linek, żeby im nie popsuć. Nie mam problemu z uwiązaniem nowego z fluokarbonu. Nauczyłem się to szybko i sprawnie robić na innych wyprawach od Krzyśka z „Morsa D” w Łebie. Nie wytrzymałem dopiero, jak Fabianowi na pikera nawinęli z 10 metrów plecionki, której ze 100 metrów od pół godziny luzem latało po pokładzie. Spytałem, czy ktoś to ma zamiar zwinąć. Gdy usłyszałem jakieś obelgi, wyciąłem to Fabianowi z pikera. I tak nikt by tego nie rozplątał. Dosłownie po 2 minutach znowu lata ze 100 metrów plecionki, nawija się mnie i Fabianowi. Też pytam, co to jest, wisi to z 15 minut i zero reakcji, palę papierosa, nie wędkuję, bo staram się unikać splątań. Mam za cienką i za drogą linkę, żeby poświecić ja dla pijaków. Nauczony kultury na innych kutrach i tego, że ja zapłaciłem też za ten rejs i że nikt nie ma prawa mi go psuć dla swojego widzimisię. Upalam linkę, która miała oba luźne końce i wędkuje dalej. Mistrzowie cos marudzą trochę i obrażeni zajmują się wreszcie swoimi sprawami. Zaczynają nas zauważać, niemniej dalej siadają sobie w torby wędkarskie, zwalają je i bluzgają co niemiara – ryb już jednak im nie przybywa. Naprawdę mimo tego, że sam nie piję, nie jestem wrogiem picia na kutrach, mimo, iż przepisy mówią, że załoganci też muszą być trzeźwi, ale bez przesady. W 2010 roku w Łebie na „Morsie D” byłem na rejsie z myśliwymi z Kielc. Wynajęli całą łódkę, ale zagadałem z nimi i wzięli mnie ze sobą , pili chyba jeszcze pokaźniej, ale na wesoło, byli mili, znali słowo przepraszam. Gdy mieli dosyć wędkowania, bo nie widzieli na oczy, zostawiali wędki. Umieli się zachować – no, ale nie byli mistrzami Polski. Wygląda, jakby moja opowieść dobiegała końca, niestety to nie był koniec mojego dramatu, a też spodziewałem się, że to już koniec, bo wybił ostatni dzwonek po ostatnim zarzuceniu , czas wędkowania się skończył. Wędkarze wzięli się za pakowanie wędek , załoga za patroszenie dorszy, po wypatroszeniu poprosiłem o zrobienie z moich filetów, co chętnie mi robili załoganci i całkiem dobrze im to szło. W pewnym momencie podszedł jeden z mistrzów do filetującego – Czesława, bo tak chyba miał na imię ten gość z załogi kutra, i powiedział, że on też chce filety. Pokazał swoje ryby i swoją lodówkę i poszedł na dół się schować. Ja stałem na górze i czekałem, aż Czesiek skończy filetować moje dorsze, aby je wypłukać i obrać z tego czarnego śluzu. Gdy Czesiek skończył z moimi, poprosił, abym podał mu skrzynkę z dorszami mistrza. Było ich tam 7 sztuk, podałem mu, wyfiletował je. Potem pomogłem mu spakować te filety do lodówki mistrza i dalej siadłem płukać swoje ryby. Nagle pojawił się ten człowiek i pyta, gdzie jego dorsze. Powiedziałem mu, że ma schowane do lodówki, potwierdził to Czesiek i parę innych osób. On cos bełkotał, że mu ukradli ryby, ale nawet nie zajrzał do lodówki. Po dłuższej chwili siedząc dalej i płucząc swoje ryby patrzę kątem oka i nie wierzę, bo pijana menda zaczyna pakować moje filety do swojej lodówki. Zaniemówiłem, a później drę się do niego: panie, co pan wyrabiasz? Czesiek w szoku, ja jeszcze w większym, a ten pajac do mnie, co się tak drę i że jak mi mało ryb, to mi dosypie swoich. Powiedziałem, że nie potrzebuje jego ryb, ale niech spieprza od moich. Po tym zajściu odszedł i chyba coś nagadał na mnie do swojej ekipy i generalnie do wszystkich, bo odniosłem wrażenie, że cos dziwnie na mnie spoglądali. Ale może to tylko moje subiektywne odczucie. W tym samym czasie Fabian gdzieś siedział w sterówce, ale wyszedł na chwilę – mówię do niego: stary, weź te swoje ryby popakuj, bo mi właśnie chcieli ukraść. Zaczął się śmiać z niedowierzaniem, ale spakował. Dopływamy do portu. Mistrzowie zwijają się biegiem, ja pomału. Zwijam jeszcze wędki, bo mi się zeszło z rybami, a zresztą lubię postać i pogadać, a i tak musiałem zaczekać na mojego kolegę, jak dojedzie po mnie z Pucka. Nagle Fabian mówi, że nie ma jego ryb. Biega do bram portu, przeszukuje torby mistrzom, że może ktoś przez pomyłkę wziął – niestety, ryb nie odnajduje. Stoję na nabrzeżu jak głupek z pół godziny, wszyscy się rozeszli, a ja nie wiem co mam zrobić - usiąść i płakać czy oddać mu swoje ryby czy co? Na szczęście przyjechał po mnie kolega i powiedział, że mamy mało czasu i musimy jechać. Byłem w takim szoku, że wolałem, aby ten mój kolega bez prawa jazdy jechał do Warszawy niż ja. Fatalnie się poczułem i choć minęło już ponad dwa tygodnie - ja nie mogę dojść do siebie, dlatego to opisałem i bardzo mocno się zastanawiam, czy bałtyckie wyprawy mnie jeszcze interesują. Chyba wolę Norwegię i fiordy i tamtych ludzi, a może wreszcie zadzwonię na policje podczas takiego rejsu, że ekipa pijana, ale nie chciałbym armatorowi tym samym szkody wyrządzić, bo to super gość, umiejący się zachować, pomocny (pomógł mi kwatery znaleźć o 6 rano), pobudził znajomych i w ogóle same plusy. Łódkę ma dość szybką, zatrudnia załogę na poziomie potrafi znaleźć ryby. A może wreszcie zbiorę się za zbieranie ludzi, którzy chcą powędkować, pogadać, odprężyć się i przeżyć ciekawe chwile, zamiast się nachlać i okraść innych z godności, ryb i nadziei. Kto dał tym ludziom prawo do zepsucia mi i innym tak wspaniałego dnia? Nie wiem, czemu te ryby zginęły? Czy po prostu jakaś pijana morda ukradła, bo się bała żony, że go naleje, jak bez ryb wróci, czy był to jakiś odwet na mnie – może chcieli moje ukraść, czy mi zrobić na złość – bo pokonałem ich w wędkarstwie z kretesem? A może po prostu nie można zadzierać z mistrzami – a ja ich pokonałem na ich oczach??? Może ktoś z tej ekipy kiedyś to przeczyta i odpowie na nurtujące mnie pytania, a może przetrzeźwieli i ktoś wysili się na przepraszam, a może odda mi za rejs pieniądze, bo mistrzowie jak na mistrzów przystało mieli sponsora, a ja, jak i Fabian i jego kolega byłem za swoje pieniądze, a nie nawykłem do ich wyrzucania w błoto. Mistrzowie byli gdzieś z bliskich okolic Władysławowa, a ja tam jeszcze wydałem na paliwo,(a jeżdżę dwulitrowym benzyniakiem) i na kwatery. Trochę łzy w oczach mi się zakręciły, jak sobie przypomniałem ten rejs. Przepraszam za użycie imion, ale może kiedyś Fabian się do mnie odezwie, bo zapomniałem wziąć od niego numer telefonu i nazbieramy na rejs ja swoich, a On swoich znajomych, którzy mają ochotę na wędkarstwo, i popłyniemy bez przypadkowych opoi. W innym wypadku chyba już po około 100tu rejsach kończę moją karierę na kutrach. Podsumuję jeszcze rejs, bo jakby mistrzów wymazać gumką, to byłby całkiem udany. Armator – super gość – Feniks. Obsługa na bardzo dobrym poziomie.
Kuter – dwa dni postoju i pracy dla dwóch osób i będzie ok. Ryby – dużo drobnych dorszaków.
Miejsce zajęte przeze mnie to pierwsze albo drugie, bo nikt się za bardzo nie wychylał z ilością ryb, ponieważ chyba nie mieli czym , tylko Czesiek tak mniej więcej policzył podczas patroszenia. Radości: Dobra pogoda, bo był to 21grudnia 2011, temperatura na plusie i prawie bez wiatru - stan morza 2. Poznanie Fabiana i jego kolegi. Dokopanie mistrzom - wszystko mi jedno, czy byli trzeźwi czy pijani – ja im pić nie kazałem. Smutki: Wóda wóda wóda Zarozumialstwo mistrzów.
Opublikowane w
Wyprawy krajowe
Dodaj komentarz |


