W normalnych warunkach taka odległość nie stanowiłaby problemu, ale tam mandaty za nadmierną prędkość, łosie i renifery, które w każdej chwili mogą wtargnąć na drogę, skutecznie studzą chęć przekraczania dopuszczalnych prędkości. Okazało się, że trasa, mimo tego, że tak długa, dostarczała nam niesamowitych wrażeń. Opuszczaliśmy Polskę zalewaną falami upałów, a tam już od samego Sztokholmu temperatura spadała wprost proporcjonalnie do przejechanych kilometrów. Kiedy przejeżdżaliśmy Finlandię, termometr wskazywał na zewnątrz 2 stopnie Celsjusza. Niesamowitą scenerię za oknami mogliśmy podziwiać dzięki temu, że tam o tej porze roku nie zapada zmrok. Przepiękne dzikie i nie “poprawiane” przez człowieka rzeki i jeziora, przyroda jakże odmienna od tego co widzimy w naszym kraju, harmonia osób zamieszkujących te tereny i natury to coś czego możemy zazdrościć Skandynawom. Kiedy dojeżdżaliśmy do Alty, jednego z większych miast na północy Norwegii, naszym oczom ukazał się wręcz nieziemski widok. Na jednym ze zbiorników wodnych zobaczyliśmy w połowie czerwca lód! Nic nas już nie mogło zadziwić. Zbliżając się do Nordkapp’u krajobraz stawał się coraz bardziej surowy. Bardziej przypominał to co możemy oglądać na zdjęciach przesyłanych przez sondy wysyłane na Marsa, niż to do czego przywykł przeciętny europejczyk. Bardzo skromna roślinność, wszędobylski brunatny kolor, śnieg na zboczach gór, to wszystko tworzyło scenerię do której nie przywykliśmy i której się nie spodziewaliśmy.
Dojeżdżając do naszej bazy zwróciliśmy uwagę na dużą ilość sieci ustawionych przy samym brzegu. Po rozmowie z jednym z mieszkańców okazało się , że o tej porze spotyka się tam bardzo duże ilości łososi. Jakże żałowaliśmy, że nie zabraliśmy błystek imitujących tobiasze, naturalny ich pokarm, o czym przekonaliśmy się patrosząc jednego salmona. Średnia waga poławianych ryb to 8-10 kg, ale dość często zdarzają się sztuki 14-18 kilogramowe. Taka energia na wędce, to coś za czym warto jechać nawet na koniec świata. Za rok mamy nadzieję, że uda nam się poczuć ten pulsujący ciężar na końcu wędziska.
W ośrodku po zakwaterowaniu, odebraniu kutra i krótkim instruktarzu, nie bawimy zbyt długo. Pomimo zmęczenia, cała nasza szóstka podejmuje decyzją, ażeby wypłynąć na mały rekonesans. Pierwsze napłynięcia i pierwsze ryby. Niby nie duże, dorsze po 6-7 kilo, podobnej wielkości czerniaki, kilka zębaczy i na okrasę jeden niewielki halibut, sprawiają, że w dobrych humorach spływamy do bazy. Kolejny dzień, wypoczęci, naładowani energią i adrenaliną, wypływamy aby w morzu Barentsa bić własne rekordy. Scenariusz podobny do dnia poprzedniego, z tym, że ryby już zdecydowanie większe. Łowimy na głębokościach oscylujących wokół 120 metrów, w miejscach z płaskim i piaszczystym dnem, tak aby mieć okazję do spotkania za “największą flądrą
świata”. Nasza strategia okazała się słuszna. Poza ogromną wręcz ilością okazałych, kilkunastokilogramowych dorszy, najpierw Krzysiu zapina 10 kilogramowego halibuta, by w chwilę później oglądać zmagania Rysia z dwa razy większą sztuką. Dwa dni łowienia, trzy halibuty, to wręcz wymarzone otwarcie a w perspektywie jeszcze osiem dni polowania. Trzeci dzień okazał się jednym z najlepszych w moim dotychczasowym wędkarskim życiu. Plan taki jak wcześniej, szukamy naprawdę dużych ryb. Królem polowania okazał się Heniu, znakomity wędkarz z Katowic. Poza pięknymi dorszami pokazał nam jak trzeba być cierpliwym, żeby wygrać walkę z trzydziesto kilogramowym, płaskim przeciwnikiem. Po prawie godzinnym holu, mogliśmy podziwiać na pokładzie maskujące ubarwienie tej przepięknej ryby. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Każdy z nas już widział siebie zmagającego się z kolejnym, jeszcze większym halibutem, ale nic z tego. Przez kolejne dni nie mieliśmy już ani jednej sztuki. O tym, że one tam są wiemy, bo wody w okolicach Nardkappu , to jedne z najlepszych łowisk tych ryb na świecie. Najlepszym dowodem na poparcie tych słów był łowiący na sąsiednim kutrze Olaf, do niedawna rekordzista Niemiec. Jego sztuka ważyła prawie 150 kg, a wyciągnięcie jej na plecionkę 0,21 mm to już naprawdę majstersztyk. W zeszłym roku, po pięciogodzinnym holu, wędkarzom z Szwecji łowiącym w tych miejscach, które my penetrowaliśmy ukazał się widok, którego życzę każdemu. Doholowali do łodzi halibuta, którego masę oceniali na 200-300 kilo. Po sfilmowaniu i sfotografowaniu, odcięli plecionkę, gdyż i tak jak twierdzili, nie daliby rady wyciągnąć tego monstrum na pokład.
Przez kolejne dni udawało nam się skutecznie łowić przepiękne dorsze, majestatycznie ubarwiane karmazyny, czerniaki i zębacze Mieliśmy to szczęście, że wspomniany wcześniej Olaf jest specjalistą od połowów tej właśnie ryby. Najskuteczniejsza metodą na nie to łowienie z trokiem bocznym, w nieco zmodyfikowanej wersji. Zamiast ciężarka zakładamy metalową rurkę lub pilker w kształcie tzw. sopla, a na hak zamocowany na bocznym przyponie kawałek rybiego mięsa. Cała technika polega na uderzaniu ciężarkiem o dno, to podobno wabi te ryby nawet z daleka i cierpliwym oczekiwaniu na zassanie przynęty przez rybę. Metoda ta może nie należy do najaktywniejszych, ale jest to doskonałe urozmaicenie i czas na chwilę wytchnienia w trakcie łowienia na dużych głębokościach. Zębacze najczęściej łowi się w pobliżu stromo opadających brzegów, na głębokościach do 50 metrów. Ryba ta, pomimo tego, że wygląda naprawdę przerażająco, wyśmienicie smakuje, dlatego też polecam każdemu złowienie kilku sztuk, tak aby można było skonfrontować jej wartości kulinarne chociażby z dorszem czy też halibutem.
Obowiązkowym elementem naszego pobytu na wyspie Mageroya było odwiedzenie samego Nordkapp-u. Tam naprawdę warto pojechać. Wokół drogi do niego prowadzącej, rozciągają się widoki zapierające dech w piersiach. Skały, woda, renifery, bardzo ale to bardzo uboga roślinność sprawia, że ma się wrażenie, że przenosi się w inny wymiar. Na szczycie Przylądka Północnego, kilkusetmetrowe przepaście potrafią uzmysłowić człowiekowi jak jest mały w porównaniu z otaczającą go naturą. Goszcząc tam warto wstąpić do kina, tym bardziej, że opłata za wejście do niego jest wliczona w cenę jaką i tak musimy uiścić przy bramkach wjazdowych na Nordkapp. Zobaczymy w nim film prezentujący przylądek z różnych perspektyw, z lotu ptaka, z morza, z pod wody. Warto również zwiedzić całe centrum handlowo-usługowe tam wybudowane, restauracje wykute w skałach, kaplicę, sklepy, izby pamięci, tarasy widokowe. Wszystko to pozostanie w pamięci na długie lata, a jeśli będziemy mieli to szczęście i trafimy na zachód słońca na przylądkiem………….
Cóż, nasz urlop wędkarskim raju, jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył, ale już za rok będziemy mieli ponownie okazję do zmierzania się z naprawdę wielkimi rybami zamieszkującymi wody morza Barentsa.


