Sor Tverrfjord to mała mieścina, leżąca na płw. Loppa, na południowy wschód od Soroya. Mieścina to za dużo powiedziane. Zamieszkuje ją zaledwie kilka rodzin...
Aby tu się dostać drogą lądową potrzeba co najmniej dwóch dni. Wioska jest na samym końcu skandynawskiego kolana, niecałe 150 km w linii prostej od Przylądka Północnego, czyli tam, gdzie śmiało można powiedzieć że jest to koniec Europy.
Spokojne życie mieszkańców stymulowane jest przybyciem pasażersko-towarowego speedboata
oraz promu z Oksfjordu. Przynajmniej jeden z nich raz dziennie przypływa i odpływa...
Jak morze, które również przybiera dwa razy na dobę i opada. Półtora do dwóch metrów różnicy...
Sklep, poczta, przystań wędkarska i stacja benzynowa, składająca się z dwóch dystrybutorów należy do naszych gospodarzy.
Tak jak nad Bałtykiem towarzyszy szum morza, tak tu słychać nieustannie szmer licznych mniejszych i większych wodospadów.
Ocean we fiordzie był nieruchomy, marszczony jedynie drobną falką od kręcącego wiatru bądź przepływających drobnymi grupkami delfinów.
Nad wioską, ciemną granią skał, królowały szczyty gór, pokryte wiecznym śniegiem. Były majestatyczne, surowe, a jednocześnie piękne.
Spomiędzy szczytów gnał na zabój niewielki strumyk, rozbijając swe wzburzone wody o licznie rozsypane głazy.
W każdej kropli ta wielka bystrz niosła ze sobą odbicie pstrągów i palii, które czaiły się z pewnością w niedalekim górskim jeziorze.
Gdy prom dobił do kei nikt nawet nie pomyślał, że w kraju już zapada ciemność. Tu noc była jasna i gdyby nie fatalna pogoda, która nas przywitała, słońce z pewnością byłoby jeszcze wysoko nad górami. Wpływaliśmy w chmury, których pułap był chyba niżej niż pamiętnego dnia pod Smoleńskiem [*]
Powietrze było wilgotne w masie, ta wilgoć osiadała na odzieży, wchodziła za kołnierz, przejmowała chłodem. Termometr wskazywał niecałe 8 stopni.
Starsza kobieta powitała nas na nabrzeżu i nie wysiadając ze swojej toyoty-busika - pewnie ze względu na siarczyście zacinający deszcz - machnęła ręką, aby jechać za nią. Któż inny miał tu przyjechać niż ci, których się spodziewano? Tu nie zaglądają przygodni turyści i szukający wrażeń.
Oprócz nas przyjechało jedno małżeństwo w starszym wieku. Autochtoni.
Na dalekiej północy wszystko polega na zaufaniu do człowieka.
Bez zbędnych instruktaży, przejęliśmy chatę (dwa pietra z kuchnią, salonem i łazienką). Umowę dostaliśmy po czesku... Niewiele rozumiejąc oddaliśmy niepodpisaną. Problem gospodyni, aby dać coś w uznawanym języku. (dostaliśmy umowę po polsku dzień przed wyjazdem i wtedy też wpłaciliśmy kaucję za apartament i łódki - chyba pro-forma już tylko, aby w dokumentach się zgadzało..)
Po rozpakowaniu usiedliśmy w kuchni przy piwku i drinku.
O tak! Tego nam było potrzeba po stresującej i niezwykle wyczerpującej drodze.
Ks. Jarek poszedł odprawić mszę dziękczynną. Było za co dziękować.
Sklarowaliśmy tez sobie wędki.
Następnego dnia wstaliśmy po dziewiątej. Ciśnienie nie pozwalało w spokoju zjeść śniadania, wszystko w biegu, w pośpiechu.
Łodzie stały nieopodal przycumowane. Aluminiowe 19 stopowe Kvaerno z Suzuki i Yamachą. Motorki odpowiednio 50 i 60 kuców. Forest zaproponował rzucenie losu o to kto jaka łodzią będzie powoził, a że mnie Yamacha i "orzeł" lubi, więc pierwszy miałem szansę wyboru...
Baniaczki były zatankowane, dwa razy po 25 litrów.
Ruszamy.
Miałem trochę problemów z kierunkami, bo jednak rumplem, do którego byłem przyzwyczajony inaczej się kręci, ale były to problemy przejściowe i w miarę sprawnie opanowane.
Po około 200 metrach namierzyłem pierwszą górkę. Fori też nieopodal stanął.
O dziwo, pierwsze spuszczenie i po chwili kije się pięknie wyginają. Na pokład padają pierwsze brosmy i moja molwa.
Brosmy są wszędzie. Cieszymy się tymi braniami, bo walczą dzielnie do końca. Czasami melduje się dorszyk, ale niewielki, taki do 2-3 kg.
Od Foresta z łodzi dochodzą okrzyki. Domin wytargał halibuta. 7,5kg!
Jak na pierwszy dzień - jest nieźle. Nawet całkiem dobrze! (trzeba umieć tylko się cieszyć tymi chwilami)
Krótka narada z Forestem i płyniemy za Loppę (jakieś 40 minut na pełnym gwizdku).
Loppa to niewielka wyspa, leżąca na północny zachód od Sor Tverrfjord. Od wybrzeża: północnego, zachodniego i południowego górzysta, od wschodu skały miękko opadają w dolinkę, w której przy południowym skraju stoi kilka domów. Nie wiem czy trafiłem do Raju?... Czy gdzieś może być równie pięknie?
Z drugiej strony jak długo można tu wytrzymać na tym totalnym bezludziu? Jakie życie towarzyskie prowadzić? Gdzie jeździć za babą? Co robić ciemnymi długimi zimowymi dniami? Na drutach dziergać?
Te i inne pytania same cisnęły mi się do łba, ale w tym obrazku, który dookoła się rozpościerał było coś sentymentalnego... Tu chciało się zamieszkać i dożyć drewnianej jesionki ze swoja ukochaną... Ech, każdy z nas jest Hemingwayem...
Albo Gauguinem... Każdy ma gdzieś głęboko ukryty świat do którego nikt nie jest w stanie zajrzeć, tęsknotę bycia sam ze swoimi myślami, do których i Was nie będę już ciągał. Pooglądajcie więc sobie fotki, a ja jeszcze przez chwilkę zostanę ze wspomnieniami, bo nie wiem, kiedy drugi raz obudzę się w Niebie...
Miejsca, gdzie chcieliśmy łowić są opisane w artykule Angoli (zdaje się, że w części pierwszej nawiązałem link do tego artykułu), którzy byli tu na wiosnę. Połowili dwucyfrowe dorsze.
Za Loppą, na pełnym oceanie bujało na tyle, że część załogi sąsiedniej łodzi się pochorowała. Dryf przekraczał 1 knt, więc nie było sensu siedzieć, tym bardziej, że duże ryby jakoś nie otwierały paszczy do naszych pilkerów.
Między wyspami żołądki się uspokoiły i w ciszy mogliśmy połowić.
Tu dostałem mojego dorsza 110 cm.
Jedno łowisko, a padały najróżniejsze gatunki: dorsze, brosmy, zębacze i karmazyny. To w Norwegii jest niesamowite i zaskakujące. Nigdy nie wiesz, co weźmie... A najbardziej zaskakujące jest miejsce przebywania ryb: od samego dna, po łódkę. Czasem zdarzy się, że halibut podpłynął za przynętą pod samą burtę...
Najpaskudniejszą rybą jest zębacz.
Nie dość, że brzydki jakby diabeł jaki, to jeszcze kłapie zębiskami i atakuje kalosze, przynęty, wszystko, co zbliża się do jego pyska. Trzeba było mocno uważać, aby nie zostać pogryzionym. Do tego miał zapach, jakby w jakimś morskim szambie się wykąpał. Obrzydliwy.
Ze skrzynką pełną najróżniejszych ryb wracamy do naszego fiordu, tym bardziej, że zaczęło złowrogo dmuchać.
Tu było zacisznie i można się było nałowić do woli.
Wokół pierzyna chmur spowijała górskie szczyty. Wyglądało to dość mrocznie, aczkolwiek bardzo urokliwie. Chmury jakby stały w miejscu.
Gdzieniegdzie wiatr rozpędzał tą mgiełkę i wyłaniał się majestat grafitowej grani, jednak po chwili, jakby przyciągane niewidzialnym magnesem wracały na swoje miejsce, zasłaniając szczyty.
Nikt nie zauważył, ze zbliżyła się dziesiąta wieczór. Czas na kolację, choć nikt również nie pomyślał, że zgłodniał...
Teraz czeka nas jeszcze patroszenie, filetowanie i sprzątnięcie łodzi... A zaraz potem ciepłe kapcie w zaciszu kuchni z browarkiem w ręku... Takie chwile tygryski lubią najbardziej.
Do przystani był rzut beretem.
Do dyspozycji mieliśmy przestronną chłodnię z kilkoma zamrażarkami i stołami do filetowania. Tak naprawdę to starczyło by nam jedna lodówka... ale - jak niedługo się przekonaliśmy, po powrocie Czechów z ryb - wiedzieliśmy już, że im nawet trzy nie starczą. Całą skrzynkę mieli pełną czarniaczków, takich, które my na żywca używaliśmy, a każdy normalny wędkarz nawet nie pomyśli, żeby tak niewielka rybę zabrać naturze. Do tego halibuty a la flądry po 40cm! Pepiki, fajni są przy piwsku (z Polska...) ale straciłem do nich cały wędkarski szacunek. No sorry Panowie, ale w ten sposób za parę lat nie będzie po co tu przyjeżdżać. Tym bardziej, że każdy dostał tabelę z wymiarami ochronnymi dla ryb (halibut 80cm, czarniak bodaj 70cm itd. Nie były to wymiary wcale wygórowane, kwestia wyboru łowiska... może zwykłego rozsądku?
Wieczorem, w saloniku na piętrze, wraz z Piotrem sączyłem sobie piwko. Widok przez okno był przecudowny: błękitna zatoka fiordu po 22.00 jaśniała w słońcu i błyskała drobną falką. Gdzieś w oddali mewy atakowały stada szprotkopodobnej rybki, które krążyły wokół fermy łososia norweskiego małymi grupkami (po 2-3 miliony*...) (*cyt. Domin)
Drugiego dnia wstaliśmy z bólem ramion po dziesiątej. Na spokojnie zjedzone śniadanko z 18-jajecznej jajecznicy, z wkrojoną kiełbachą postawiło nas na dobre na nogi.
Plan był jeden: duże ryby. Pomimo porażki dnia poprzedniego za Loppą, postanowiliśmy jeszcze raz tam popłynąć. Nie wiem co o tym zadecydowało, tym bardziej, że kilka godzin temu zarzekaliśmy się, że tam nie będziemy już pływać, bo szkoda czasu i paliwa... Tak to już jest z dużymi chłopcami, że mówią jedno, a robią swoje.W każdym razie po krótkiej wizycie koło "paśnika" (tak nazywaliśmy fermy łososia norweskiego) celem nabycia żywca (drogą połowu), a był to czarniak taki do 1 kg,
popłynęliśmy z drobnym przystankiem za Loppę na osławione górki.
Na tym drobnym przystanku padło kilka brosm, które wróciły z powrotem do wody.
Za Loppą, na miejscówkach Angoli znów wielkie nic, poza dużą falą. Próbowaliśmy tam głównie łowić na żywca. Piotr miał kilka dorodnych brań, z których jednak niewiele wyjął z wody. Ocean nie obdarzył nas spodziewaną rybą po raz kolejny i ze spuszczonymi głowami, zapuściliśmy się wgłąb fiordu.
Tu Marek miał bardzo ekscytujący hol. Na końcu jego zestawu zawitał niczego sobie halibut.
Chwilę później Filipa kołowrotek zagwizdał tą specyficzną melodię, na którą każdy wędkarz z utęsknieniem czeka. Ryba wybrała spory zapas plecionki i gdyby nie zblokował nieco na siłę hamulca, wybrałaby chyba całe 400 metrów...
Kolejne odjazdy były nieco słabsze i w końcu ukazał się naszym oczom król otwartej wody fiordu - dorodny czarniak.
W środku fjordu spokojnie regenerowaliśmy siły przed następnym dniem. Planowaliśmy zapolować już całkiem poważnie na poważne ryby.
Halibut
Marzenie każdego wędkarza, który próbuje swych sił w norweskich wodach... Ryba legenda, przyciągająca jak magnes , potrafiąca ponoć przetestować niejedną wędkę, wyeliminować każdy feler sztuki wędkarskiej, a przy tym rarytas kuchenny...
Tak jutro halibuty!
Halibuty halibutami, a nam po kolacji zachciało wybrać się w góry!
Forest wcześniej zjechał, posilili się i wyruszyli na łowy, my zaś nieśpiesznie zjedliśmy kilka filetów z patelni i przebrawszy się ruszyliśmy, za namową ks. Jarka, w góry.
Dziwne to uczucie wyruszać na górski szlak o godzinie 23... Tym bardziej, że nogi i ramiona miały już spore dawki kwasu mlekowego... Ale trza być twardym jak Roman B...
Widoki górskiej wspinaczki wynagrodziły nam w dwójnasób włożony wysiłek... Z resztą sami zobaczcie jak wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny...
Kolejny dzień to był ten dzień, na jaki każdy czeka... Dzień, którego się nie zapomina (przynajmniej niezapomniany był dla Filipa, Jarka i dla mnie...
Rano przestudiowałem jeszcze raz mapę i wytypowałem miejsca przebywania halibuta. Nie szukałem go w niebotycznych głębinach, ale na płyciznach... Ot 20-30 metrów max. Z piaszczystym dnem w pobliżu głębokiej wody. Forest twardo obławiał 100+m. Po kilku minutach trollingu coś przytrzymało mi delikatnie przynętę (własnej produkcji Giant Head, odlany według Balzerowskiego wzoru, zbrojony w dwie kotwice Gamakatsu 3/0). Zaciąłem, gdyż zawsze zacinam, jak przynęta zachowuje się niestandardowo. Pulsujący ciężar zmusił mnie do wyłączenia silnika...
Radości nie było końca...
Chwilę później Filip znajduje na płytkim piasku swoje pięć minut holu 16-kilogramowej płastugi.
Teraz oboje jesteśmy szczęśliwi.
W tym trollingu pomału zbliżyliśmy się do głębokiej wody z niewielką górką na 30 metrach. Warto i tu spróbować, tym razem tradycyjnie na pilkera.
To było pięć wędkarskich minut ks. Jarka.
Węda wygięła się w piękny pałąk, aż trzeszczała na łączeniu, ale młody księżulo nie dał za wygraną i stękając z wysiłku metr po metrze tą walkę wygrywał. Ryba kilka razy pięknie odjechała w sobie tylko znane głębiny, jednak za każdym odjazdem była nieco słabsza. Już dwadzieścia metrów pod powierzchnią oczom naszym ukazała się ogromna ryba, zataczająca kręgi. Wiedziałem że dorsz jest na miarę medalu... Pewnie gdzieś w duchu nawet zazdrościłem bratu, że jako dorszowy żółtodziób w tak pięknym stylu dowala staremu dorszowemu wyjadaczowi. Czapki z głów! I wielki respekt! Tak dużej ryby nie chciałem kaleczyć osęką, tym bardziej, że wiedziałem, na co stać dorsza przy łodzi... Co najwyżej zrobi dwa kółka i da spokój. To nie to, co halibut, który jest nieobliczalny i potrafi dać susa do samego dna, bez względu na jakiej głębokości się łowi. W końcu dorsz nie miał przede mną tajemnic. Ten jednak był wielki. Podebrałem do Grippem.
Nie omieszkaliśmy zrobić wspólnej fotki na pomoście przystani:
oraz - jak stara norweska tradycja kazała - za złowienie halibuta należało się wykąpać. Woda miała 4 stopnie, więc ta kąpiel ograniczyła się do wskoczenia z pomostu i jeszcze szybszego wyjścia. Brrr...
Przypadkiem też spojrzałem na swoje ręce...
Były poorane zębami dorszy i brosm. Szczypania nie czułem. Nigdy nie czuję bólu rąk na rybach... Dopiero po umyciu w słodkiej wodzie czucie przychodzi.
Tego wieczoru kolacja przypominała ucztę. Halibut na dwa sposoby - smażony i wędzony. Jezusek w gębie... (jak to moja ciotka mawiała). Rzeczywiście danie było wyśmienite.
Forest z ekipą tego dnia łowili znowu do późna. Dobili do kei, wypakowali ryby, Piotra i Andrzeja i sami popłynęli z Dominem szukać szczęścia we fiordzie. Mają zdrowie...
A my tradycyjnie - wymościliśmy sobie wygodne fotele, drineczek w szklaneczce, jakieś piwko i chyba nawet staraliśmy się nie myśleć o rybach... Tego dnia Filip dowiedział się, że Opel będzie naprawiony za dwa tygodnie. Nowa skrzynia biegów - bagatela 3,5 tys, EUR...
Gdyby nie ten halibut (największy wyjęty do łodzi), to pewnie w ogóle uśmiech na jego twarzy by nie zagościł.
Nie było innej rady, tylko ściągać z kraju lawetę po "plemnika". Całe szczęście miał kolegę w Szczecinie, zajmującego się lawetami. Krótka logistyczna burza mózgów w eterze i mogliśmy spokojnie jutro wypłynąć znowu.
Tego wieczoru jednak nie było nam dane w spokoju wysiedzieć, wiedząc, że koledzy łowią

Krótka narada i heja na wodę!
Była pierwsza w nocy, jak Filip zaciął ślicznego dorszyka...
Wypogodziło się. Przez błękit nieba czasami jedynie przelatywały małe obłoczki, choć hen daleko rysowały się rozwlekłe cirrusy, zwiastujące zmianę. Póki co, ranek był rześki i obiecujący. Po wczorajszych emocjach postanowiliśmy nieco zabawić we fiordzie.
Połowiwszy nie za wielkie dorsze i brosmy, zatęskniliśmy jednak do tych rybek, które ciężko oderwać było od piaszczystego podłoża...
Pierwszego halibuta miał Marek. Uprawiałem delikatny troll na północnym skraju Sildy.
Jarek trochę zaczął się niecierpliwić, że jest jeszcze z czystym kontem, ale nie trwało to długo. Potężne branie wykrzywiło twarz naszego kapelana w szerokim uśmiechu. Walczył dzielnie przez kilka minut, po czym ryba wraz z tym uśmiechem zniknęła. Wędka wyprostowała się na powrót. Szacowaliśmy bestię na jakieś piętnaście do dwudziestu kilogramów.
Nie zrażając się zarzucił po raz wtóry, zmieniając kotwice (na moje polecenie) na nowe Gamaki. Ledwie przynęta opadła, już słyszymy tryumfalne JEST!. Tym razem dużo mniejszy... Ale zawsze pierwszy!
W tzw. międzyczasie padały oczywiście inne ryby: dorsze, paskudy (zębacze) i niechciane już brosmy. Wszystkie rybki wracały z powrotem tam, skąd przyszły - w lazurową głębię, tak czystą, że na dwudziestym metrze można było oglądać kamienie na dnie...
Jak przystało na poważnych facetów, dla których obiadek miał jeszcze jako taką wartość, spłynęliśmy do portu.
Po szybkim posiłku, składającym się głównie z wczorajszych ryb, które zostały z kolacji i zrobieniu ordnungu na statku (po halibutach wyglądał jak rzeźnia..) popłynęliśmy na sportowy połów czarniaka.
Foresta nie było widać - pewnie popłynął w sobie tylko znane miejsca. Zwykle łowił koło "paśnika" czyli hodowli łososia norweskiego. Można tam było wywalić wielkiego dorsza. Z realcji wiem, że łowili również czarniaki, z których największy miał 12 kg.
Po złowieniu kilkudziesięciu ryb (norweski misz-masz - czyli zębacz, brosma, dorsz), daliśmy na dzisiaj spokój. Nie można dać się zwieść tak rybnej wodzie, bo przy braku ciemności nocnej, można by tu siedzieć i łowić w nieskończoność, a w końcu człowiek nie wielbłąd i odpocząć musi...
Budzimy się w piątkowy ranek, a Foresta nie ma... Wysadził chłopaków wieczorem i ślad po nim i po Dominie zniknął. Filip był tak zmęczony, że dzisiaj sobie odpuścił ranne łowy, a wstaliśmy jak na nas bardzo wcześnie, bo ok. 6.00 Skoro Filip nie płynie, wzięliśmy do łodzi Piotra. Nie miał biedak swojego sprzętu, który został na forestowej łodzi, więc naprędce coś trza było dla niego sklecić. (Sprzętu na noc nie zabieraliśmy do domu, tylko wszystko zostawało na łodzi. Kto miałby tu cokolwiek ukraść? Jedynie ptaki mogły na to wszystko narobić... Wyobrażacie sobie u nas zostawić majdan warty powiedzmy nawet ten tysiąc złotych na otwartej i nie pilnowanej łodzi na całą noc? Ja nie.)
Od razu popłynąłem za Sildę. Były tam takie halibutowe miejsca, wcześniej wytypowane... Rzeczywiście - norweskie flądry nie kazały zbyt długo na siebie czekać. Zgadnijcie czyj to był dzień?
Oczywiście tego, który miał jedną pożyczoną gumę i nie swoją wędkę i nie swój kołowrotek... To trzeba się w czepku urodzić!
Pierwszego halibuta Piotr miał bodaj w drugim rzucie. Z niedowierzaniem patrzyliśmy jak łowną przynętą okazał się "oczojebliwy", żółty twister na główce Gam. 150g. Ledwie rzucił po raz drugi - znów wędka wygięła się do granic. Żartowaliśmy, że za burtę wyleci razem z tymi swoimi rybami... Monopol jaki czy co?
[Dwa kolejne filmiki najlepiej ogląda się leżąc przed kompem na prawym boku
]O trzecim halibucie Piotra najlepiej wszyscy byśmy zapomnieli szybko. Szczególnie ja starałem się jak najszybciej to uczynić. Hol był piękny, jego końcówkę nagraliśmy na kamerze - dlatego nie będę się tu rozpisywał - sami zobaczcie że z tą rybą nie ma żartów. No mi nie było do śmiechu, bo pierwszy raz w życiu miałem tak ciężką rybę do przerzucenia przez burtę. No i dałem ciała.
Chwilę potem, gdy emocje już opadły (choć tak naprawdę, to jedynie nasze aktorskie zdolności je skutecznie maskowały, bo same emocje, trzymały jeszcze długo...), na mojej wędce zameldował się halibucik. Przynętą był gumowy twister, który dostałem od Firmy ORCA.
Tu chciałem jeszcze raz tej firmie podziękować za cały worek przynęt, na które padła większość łowionych przez nas ryb.
Każdy halibut jest nieco inny. Jeden jest ciemny, prawie czarny i okrągły jak talerz, inny bardziej podłużny. Ten halibut z dzisiejszego dnia miał kropki, wyglądające jakby kamienie nosił na grzbiecie...
Ostatniego dnia (już bez Piotra) w stałym składzie popłynęliśmy w to samo miejsce. Z przerażeniem odkryłem skały, które odsłonił odpływ... Na środku zatoki dziwnie piętrzyła się woda. Miałem na mapie batymetrycznej w echu jakieś podwodne skałki, lecz nie sądziłem, że są one tak wysoko, że aż nad powierzchnią wody!
Ogarnęło mnie przerażenie, gdyż wczoraj spod glady nic nie było widać. Gdy jest chociaż niewielka fala, w takich miejscach od razu z daleka widać jak marszczy i załamuje się fala...
Ostrożnie ominąwszy zdradliwy rewir, spuszczamy nasze sprawdzone już przynęty.
Marek jako pierwszy zgłosił "hallflundrę", podebraną grippem.
Kolejna uczepiła się mojej przynęty.
CDN..















































































